ASF pustoszy wschodnią Polskę

Rolnicy likwidują stada. Rynek jest zalewany mięsem, więc ceny spadają. Do czasu.

Rząd, podobnie jak poprzedni, nie radzi sobie z walką z afrykańskim pomorem świń (ASF). Choroba dziesiątkująca hodowle trzody chlewnej pojawiła się w Polsce kilka lat temu i dziś obejmuje cztery województwa: lubelskie, mazowieckie, podlaskie i warmińsko-mazurskie. Jak wynika z najnowszych danych, które na naszą prośbę przygotowała Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa (ARiMR), w okresie od stycznia 2014 r. do 17 lipca 2018 r. liczba świń w tych regionach zmniejszyła się z prawie 5,3 mln (ponad 85,6 tys. stad) do ok. 4,3 mln (53,7 tys. stad). To spadek o ponad 951 tys. sztuk (czyli ok. 20 proc.).

Hodowcy masowo rezygnują z produkcji i zgłaszają się po rekompensaty do ARiMR. Do połowy lipca zrobiło to 3036 osób, najwięcej, bo prawie 1,4 tys. z woj. lubelskiego. W sumie rolnicy dostali już 9,75 mln zł, czyli średnio po ponad 3,2 tys. zł na głowę. Agencja przyznaje, że poszkodowanych może być więcej, bo mogą się zdarzać takie przypadki, że rolnik zrezygnował z utrzymywania trzody chlewnej i nie zgłosił się po rekompensatę.

Do tej pory nie opracowano skutecznej szczepionki, dlatego ASF zwalczany jest metodami administracyjnymi. Dużo mniej efektywnymi. – Skuteczność działań rządowych jest taka, że wirus rozprzestrzenia się w zasadzie bez przeszkód i w szybkim tempie – podsumowuje Beata Górka, rzeczniczka marszałka woj. lubelskiego. Jak dodaje, w wyniku wprowadzenia programu bioasekuracji w 2017 r. na terenie powiatu bialskiego aż 1351 z 3960 gospodarstw zajmujących się chowem trzody zrezygnowało z tej działalności z obawy przed niespełnieniem zaostrzonych wymogów sanitarnych.

Krytycznie o działaniach rządu mówią też samorządowcy z Mazowsza. – Wprowadzone w tym roku przez władze administracji rządowej przepisy zaostrzające bioasekurację, pomimo swojej celowości, nie uwzględniły małych gospodarstw hodujących do 50 sztuk świń, które dominują na terenach objętych ASF – zwraca uwagę Marta Milewska z Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego. A wdrażanie kosztownych zabezpieczeń w takich gospodarstwach jest nieopłacalne. – W przypadku wystąpienia choroby istotne jest, aby odszkodowanie zostało przyznane i wypłacone w możliwie najkrótszym czasie. Często jest to jedyny ratunek przed bankructwem gospodarstwa. Należy skrócić czas oczekiwania na wypłatę rekompensat, ale przede wszystkim zmniejszyć restrykcje w stosunku do gospodarstw, w których nastąpiły uchybienia względem wymogów. Ważne jest, by nie zostawić hodowców bez środków do życia oraz zapewnić im możliwość zbytu zdrowych zwierząt – apeluje.

Narzekają także przedstawiciele inspekcji weterynaryjnej, która została zobowiązana do odwiedzenia 230 tys. gospodarstw zajmujących się hodowlą trzody chlewnej w celu sprawdzenia przestrzegania obowiązkowych zasad bioasekuracji. Krajowa Izba Lekarsko-Weterynaryjna (KILW) podaje, że w kwietniu i maju, czyli dwóch pierwszych miesiącach akcji, udało się skontrolować zaledwie 5084 rolników. W tym tempie możemy zapomnieć o wprowadzeniu bioasekuracji w 2–3 lata, jak planuje rząd. Kontrole mogą potrwać nawet siedem lat.

Kilka dni temu izba zwróciła uwagę na kolejny problem, związany z brakiem zapewnienia bezpieczeństwa pracownikom inspekcji weterynaryjnej. Coraz częściej spotykają się oni z nieprzychylnym nastawieniem hodowców, którzy nie chcą dopuścić do wybicia ich stad. Jako przykład KILW przywołuje sytuację, w której trzech pracowników inspekcji było „wbrew swojej woli” przetrzymywanych przez osiem godzin przez grupę rolników, choć pracownicy inspekcji weterynaryjnej podlegają ochronie prawnej przewidzianej dla funkcjonariuszy publicznych.

Resort rolnictwa zapewnia, że kontrole „realizowane są według przyjętych terminów”. – Bioasekuracja nie jest tylko zadaniem kontroli weterynaryjnej. To przede wszystkim zadanie rolników. Brak jej stosowania to również problem instytucji doradczych, a także organizacji rolników, które powinny przekonywać każdego rolnika, by zabezpieczył swoją produkcję. Kontrole mają jedynie wskazywać, co ostatecznie należy poprawić w gospodarstwie – przypomina Małgorzata Książyk z biura prasowego resortu.

Dla konsumentów zwiększona podaż wieprzowiny jest jak na razie zjawiskiem korzystnym. Jak podaje Instytut Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej, pogłębia się spadkowa tendencja ceny żywca. W czerwcu wyniosła średnio 4,69 zł za kg i była aż o 16 proc. niższa niż przed rokiem. To m.in. efekt wybijania stad. W I kwartale w całej UE skala uboju wzrosła średnio o 4,2 proc., podczas gdy w Polsce aż o 12 proc. – Rynki są w tej chwili zatkane z powodu większej produkcji w całej Europie i zapchanych magazynów m.in. w USA czy Chinach – mówi Witold Choiński, prezes związku Polskie Mięso. – Z perspektywy konsumenta można się spodziewać dalszych obniżek cen mięsa. Ale jednocześnie pogorszy to sytuację producentów, dla których hodowla staje się coraz mniej opłacalna i w końcu zaczną rezygnować z tej działalności – tłumaczy nasz rozmówca. – A jeśli hodowcy zaczną masowo likwidować hodowle, może się okazać, że niskimi cenami wieprzowiny nie nacieszymy się zbyt długo – dodaje.

 

fot. pexels.com