Dystans Polski do Niemiec to 33 lata. Pomogłoby nam euro?

Premier Mateusz Morawiecki mówił niedawno, że o strefie euro możemy pomyśleć, gdy nasz dochód rozporządzalny (czyli kwota już po zapłaceniu podatków i składek ubezpieczeniowych) osiągnie 80–90 proc. dochodu najbogatszych krajów strefy euro. Dla Jarosława Kaczyńskiego, prezesa PiS, granicą, która pozwoliłaby przyjąć wspólną walutę, jest – a przynajmniej było rok temu – 85 proc. produktu krajowego brutto Niemiec. Takie deklaracje powodują zwykle falę szacunków, kiedy moglibyśmy spełnić jeden czy drugi warunek (Za 30 lat? 50? 70? Nigdy?). Spójrzmy na sprawę od drugiej strony: kiedy poszczególni członkowie unii walutowej mieli taki poziom dochodu, jak my dzisiaj. I jak rośli od tego czasu.

Z danych Eurostatu możemy się dowiedzieć, że nasz PKB na głowę w 2016 r. stanowił 68 proc. średniej unijnej (w 2004 r., gdy wchodziliśmy do UE, było to 50 proc.). Ponieważ chcemy porównywać się nie ze średnią, a z najlepszymi, to trzeba dodać, że było to 55 proc. wyniku Niemiec. To dane obliczane na podstawie parytetu siły nabywczej – korygują one nominalny wynik o różnice w poziomach cen. Zwykle kraje biedniejsze, o niższym dochodzie, mają też niższe ceny. Eurostat porównuje tylko kraje europejskie (a także Stany Zjednoczone, Japonię i wiecznego kandydata do UE – Turcję). Międzynarodowy Fundusz Walutowy robi podobne zestawienia dla wszystkich światowych gospodarek. Przy tym pod uwagę bierze znacznie dłuższy czas – od 1980 r. (bierze także poprawkę na inflację).

To nam wystarczy, bo jest tylko jeden przypadek, by unijny kraj trwale doszedł do naszego dzisiejszego poziomu zamożności przed tą datą. Chodzi o Luksemburg, któremu ta sztuka udała się w połowie lat 70. Luksemburga jednak żaden z polityków nie wskazał nam jak dotąd jako wzoru do naśladowania. W 1980 r. PKB per capita wyższy niż nasz dzisiejszy miała też Holandia. Ale że zaraz potem zanotowała regres, to możemy uznać, że nasz warunek spełniła dopiero w 1983 r. – wtedy jej PKB na mieszkańca (liczony z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej i w stałych dolarach z 2011 r.) przekroczył 26,7 tys. dol. W tym samym roku nasz obecny poziom osiągnęła Austria, rok później udało się to Niemcom, a w 1986 r. Francji i Włochom. Nie od wszystkich dzieli nas jednak dystans przekraczający 30 lat. Irlandia i Hiszpania wyprzedziły nas o dwie dekady.

Wśród krajów posługujących się wspólną walutą są i biedniejsze od nas albo tylko minimalnie bardziej zamożne. Pierwsza grupa ma dwóch reprezentantów – Łotwę, którą z kolei my wyprzedzamy o jakieś dwa lata, a także Grecję. Ta była na naszym obecnym poziomie już w 2002 r., ale przez kilka lat od momentu wybuchu kryzysu finansowego notowała systematyczny zjazd i – jak szacuje MFW – do naszego poziomu PKB per capita z 2017 r. dojdzie dopiero w 2020 r.

To, że Grecja weszła do unii walutowej jako najbiedniejszy kraj, a po pierwszym okresie szybkiego wzrostu zanotowała bolesny regres, nie jest argumentem przeciwko euro. Niewiele mniej zamożnym od Niemców Włochom, którzy również posługują się wspólnym pieniądzem, też niespecjalnie się powodzi. Tak samo argumentem za euro nie jest los Irlandii – do unii walutowej zgłaszała się, będąc niewiele zamożniejsza niż my dzisiaj (oczywiście dystans do liderów miała nieco mniejszy), a dziś jest w tyle tylko za Luksemburgiem.

Bo i nie chodzi w tym wypadku o szukanie argumentów za lub przeciw wspólnej walucie. Raczej o to, że gonienie liderów pod względem PKB per capita to mozolny proces. Przypadków spektakularnego wspinania się po drabinie zamożności właściwie nie ma. Poza Irlandią, która swój dobrobyt budowała w znaczącej mierze na niskich podatkach (przy tym niedawny skok PKB per capita zawdzięcza uwzględnieniu inwestycji zagranicznych) – zachęcając międzynarodowe korporacje do lokowania europejskich central, czy idącą w pewien sposób jej śladem Maltą, znacząca poprawa wyników jest udziałem tylko państw z naszego regionu. Tak samo Polski, która euro nie ma i w związku z tym „zachowuje możliwość reagowania w sytuacjach kryzysowych”, jak i państw, które dały się ścisnąć gorsetem wspólnej waluty.

Gdyby Niemcy zwiększali swój PKB per capita w takim tempie, w jakim robili to od 1984 r., kiedy osiągnęli nasz dzisiejszy poziom, czyli średnio o 1,6 proc. rocznie (z uwzględnieniem zjednoczenia z NRD, paru lat recesji w światowej gospodarce i tego, że ta gospodarka trzy dekady temu wyglądała trochę inaczej niż obecnie), a my szlibyśmy zgodnie ze średnią od momentu transformacji (czyli 3,3 proc.), to cztery piąte zamożności niemieckiego sąsiada osiągnęlibyśmy na początku lat 30. XXI w. 85 proc., o jakich mówił Jarosław Kaczyński, byłoby w naszym zasięgu w połowie tej dekady. Mowa o PKB z uwzględnieniem parytetu siły nabywczej.

Nie bez powodu Mateusz Morawiecki wskazywał więc, że horyzont przyjęcia wspólnej waluty to 10–20 lat. Tyle że w tak długiej perspektywie trudno nam będzie rosnąć w dotychczasowym tempie. Wynikowi „na mieszkańca” pomoże zapowiadane przez demografów wyludnianie się Polski. Choć na pewno nie będzie pomagać równoczesne szybkie starzenie się społeczeństwa, które spowoduje większe obciążenie podatkami, a więc będzie pomniejszać i wzrost gospodarczy, i dochód rozporządzalny. Nie będzie też pomagać to, że sporą część wzrostu zawdzięczaliśmy w ostatnich kilkunastu latach funduszom unijnym. Niezależnie od bieżącej dyskusji na temat powiązania ich z kwestią praworządności i tak z góry wiadomo, że w nowej brukselskiej siedmiolatce dostaniemy mniej pieniędzy, a więc wsparcie dla wzrostu ze strony UE będzie też wyraźnie słabsze.

Czy chcemy euro, czy nie, powinniśmy szukać własnej ścieżki szybkiego wzrostu zamożności. Strategia odpowiedzialnego rozwoju? Inne pomysły?

 

fot. ShutterStock