Kręta droga do innowacji

Instytut Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej im. M. Nałęcza Polskiej Akademii Nauk nieustannie prowadzi badania w zakresie innowacyjnych produktów w branży medycznej. O tym, jakie są wymagania, by produkt stał się innowacyjny i o fenomenie mobilnej aplikacji dla osób z cukrzycą mówią dyrektor instytutu prof. Adam Liebert oraz jego zastępca prof. Piotr Ładyżyński.

Kiedy możemy powiedzieć o produkcie, że jest innowacyjny?
Na zglobalizowanym rynku musi być spełniony jeden podstawowy warunek – rozwiązanie musi charakteryzować się oryginalnością w skali światowej. Co oznacza, że podmiot, który proponuje innowacyjny produkt musi mieć bardzo dobre rozeznanie w tematyce, której dotyczy jego rozwiązanie. Takie rozeznanie powstaje w toku zaawansowanych prac naukowo-badawczych. Niski poziom prowadzonych prac badawczych powoduje, że naukowcy często nie są gotowi do wprowadzania innowacji. Skoro naukowcy nie są do tego przygotowani, to firmy tym bardziej.

Dlaczego wdrażanie produktów innowacyjnych jest takie trudne?
Niski poziom edukacji skutkuje niskim poziomem naukowców, a polska nauka jest skandalicznie wręcz niedofinansowana. Mamy nadpodaż absolwentów szkół wyższych, ale nie dotyczy to inżynierów – zapotrzebowanie na nich jest wysokie, a studia są trudne i drogie. Problemem jest zatrudnianie studentów już na wczesnych latach studiów, co nie sprzyja utrzymywaniu wysokiego poziomu absolwentów. W obszarze inżynierii biomedycznej trudności związane z wdrożeniem to nie tylko konieczność wykazania skuteczności produktu, która wymaga badań obwarowanych zgodami komisji bioetycznych i certyfikacją produktu. Inwestorzy oczekują także przychylności firm ubezpieczeniowych. Dopiero bowiem refundacja kosztów zastosowania nowych technologii może zapewnić sukces rynkowy.

Instytut stworzył projekt, który miał doprowadzić do ścisłej współpracy nauki z biznesem. Na czym on polega?
Nasz pomysł był taki, aby firmy mogły sprawdzić za pomocą platformy internetowej, jaka wiedza i jakie kompetencje są dostępne w poszczególnych placówkach naukowych, jaką bazą edukacyjną dla pracowników biznesu te placówki dysponują i jaką unikatową aparaturę posiadają. Robiliśmy to dla organizacji światowej – International Federation for Medical and Biological Engineering – instytucji zrzeszającej towarzystwa naukowe działające w obszarze inżynierii biomedycznej. Członków jest ok. 150 tys. Projekt objął Polskę, Szwecję, Niemcy i Austrię, a plan zakładał jego rozszerzenie na inne kraje UE i później Amerykę Południową. Jednakże projekt upadł, gdyż nie było zainteresowania ze strony instytucji naukowych. Zaprosiliśmy te najlepsze, ale one sobie radzą i nie potrzebują dodatkowej platformy. Zbudowanie samej platformy jest kosztowne, a aktualizacja danych musiałaby być regularna.

Coraz więcej podmiotów wprowadza rozwiązania telemedyczne. Jak w Polsce wygląda ta gałąź usług?
Zajmowaliśmy się teleopieką domową już 20 lat temu. Badaliśmy, jaka jest efektywność zdalnego przesyłania danych przez pacjentów, żeby lekarz mógł je analizować. Wtedy nie było prawa, które umożliwiałoby świadczenie takich usług. Odpowiednie przepisy weszły w życie dwa lata temu, a i tak do dzisiaj NFZ finansuje tylko kilka procedur dotyczących telemedycyny. Państwo przeznaczając poważne środki na badania nie uwzględnia wieloletniej perspektywy i możliwości osiągnięcia zysków w dalekiej przyszłości. Skupianie się wyłącznie na efektach krótkoterminowych zostawi nas daleko w tyle pod względem rozwoju nauki.

Jakimi projektami instytut może się dziś pochwalić?
W instytucie powstało kilka rozwiązań technicznych, które są teraz w fazach wstępnych i dążymy do tego, by zostały wdrożone. Przykładem są systemy rozwijane w zespole prof. Marka Darowskiego, które służą do symulowania układu oddechowego i krążenia. Do hybrydowego modelu układu krążenia możemy przykładowo wprowadzić fizyczny balon, który ma za zadanie rozpychać tętnicę i zbadać, jak ten balon wpływa na układ krążenia przy różnych stanach patologicznych określanych przez model. Sprzedaliśmy kilka takich urządzeń, znajdują się w ośrodkach w Polsce i we Włoszech. Prowadziliśmy rozmowy z partnerami medycznymi, by wykorzystać te urządzenia w procesie dydaktycznym na studiach lekarskich.

Prawdziwym przełomem jest aplikacja mobilna dla osób z cukrzycą. Na czym polega jej fenomen?
Jest to system pomagający osobom z cukrzycą dobierać dawkę insuliny wstrzykiwaną przed posiłkami, żeby skompensować wzrost stężenia glukozy we krwi po posiłku. System przeznaczony jest dla tych pacjentów, którzy muszą aplikować sobie insulinę, żeby przeżyć. Jest dawka bazowa, która utrzymuje właściwy poziom insuliny między posiłkami. W momencie, kiedy zwiększa się ilość cukru we krwi, trzeba poziom insuliny zwiększyć, żeby komórki zaczęły szybciej wchłaniać glukozę. Dawka inuliny powinna odpowiadać wielkości i składowi posiłku. Niestety „zmierzenie” posiłku jest trudne i pacjenci dokonują ocen szacunkowych. Nasze rozwiązanie polega na tym, że pacjent mówi, co widzi na talerzu, a aplikacja mobilna przekształca głos na tekst pisany i na podstawie jego analizy podpowiada pacjentowi odpowiednią dawkę insuliny. Ta aplikacja powstała dzięki dofinansowaniu z NCBiR. Okazała się skuteczna w praktyce. Jednak projekt się skończył i dotychczas nie znaleźliśmy firmy zainteresowanej jej komercjalizacją. Firmy muszą zarabiać, a potencjalni użytkownicy są przyzwyczajeni, że za aplikacje mobilne nie płacą. Jesteśmy dumni z tego produktu, bo jest to innowacja o potencjalnej poważnej użyteczności dla pacjentów z cukrzycą.