„Pecunia non olet” – czy na pewno?

W Polsce pracę sądów pozytywnie ocenia zaledwie jedna czwarta obywateli. Niestety aż połowa Polaków ocenia wymiar sprawiedliwości bardzo źle. W demokratycznym państwie te wyniki zatrważają. Skąd tak niskie oceny? Przykładem może być historia pani Krystyny* która od kilku lat walczy z wymiarem sprawiedliwości chcąc odzyskać swoje pieniądze i… spokój.

Historia pani Krystyny (kwiecień 2014 rok): „Przez wiele lat swojej pracy zawodowej udało mi się odłożyć środki finansowe, które w pewnym momencie postanowiłam zainwestować. Pracowałam jako księgowa oraz prowadziłam własną działalność gospodarczą, w ramach której współpracowałam z panem Tadeuszem C.*. W jednej z rozmów usłyszałam, że chce sprzedać pawilon należący do jego firmy. Koszt pawilonu wynosił ponad milion złotych. Nie posiadałam wtedy takiej kwoty. Mimo tego, że inwestycja przekraczała mój budżet, postanowiłam, że pojadę zobaczyć budynek. Część lokali była wynajmowana, pozostałe nie zostały zagospodarowane. Zaproponowałam mniejszą kwotę albo częściowy zakup lokalu. Pan Tadeusz nie chciał obniżyć ceny. Obydwoje uznaliśmy temat za zakończony.
Po upływie około dwóch miesięcy dostałam telefon od osoby, która przedstawiła się jako żona pana Tadeusza – pani Beata C.. Wiedziała, że byłam zainteresowana zakupem tego pawilonu. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że na chwilę obecną nie stać mnie na zakup tej nieruchomości. Wtedy jednak żona pana Tadeusza zaproponowała kwotę ponad dwieście tysięcy niższą. Cenę tłumaczyła chęcią szybkiej sprzedaży lokalu. Na taką kwotę mogłam sobie pozwolić. Umówiłam się na spotkanie z panią Beatą . Po kilku dniach przyjechała do mnie do pracy, przywożąc wydruk z numerem swojego konta, na który mam przelać zaliczkę. Po kilku dniach przelałam zaliczkę w wysokości 200 tys. zł, w tytule przelewu wpisując właśnie adres pawilonu z adnotacją, iż jest to zaliczka za kupno tego pawilonu.

Niestety nie sporządziłyśmy umowy, ze względu na to, że współpracuję z panem Tadeuszem od 30 lat. Jego żona powiedziała, że pod koniec kwietnia sporządzimy stosowny akt notarialny. Nie ukrywam, że byłam wtedy zajęta swoją pracą zawodową, Ufając pani Beacie czekałam na jej telefon i spotkanie z notariuszem. Dni jednak mijały i od połowy maja próbowałam się skontaktować z panią Beatą, co jednak okazało się niemożliwe. Odezwałam się więc do pana Tadeusza. Przedstawiłam mu sytuację i był bardzo zdziwiony, ponieważ sprzedał nieruchomość komuś innemu, za kwotę o której rozmawialiśmy na początku (czyli 1 045 500 zł). Nie spodziewałam się jednak wtedy, jakie przyniesie to konsekwencje. Próbowałam skontaktować się z panią Beatą, aby odzyskać pieniądze i zamknąć te sprawę. To jednak, mimo wielu prób się nie udało.”

Wtedy sprawa trafiła do sądu, gdzie prawomocnym wyrokiem sądowym pani Beacie nakazano zwrócić zaliczkę na kupno pawilonu oraz koszty użytkowania samochodów zarejestrowanych na firmę pani Krystyny, z których korzystała razem z córką. Była to wewnętrzna umowa pomiędzy kontrahentami – panią Krystyną i panem Tadeuszem. Kwotę za samochody zwrócił więc Tadeusz. Mimo nakazu sądowego pani Beata nie zwróciła należności pani Krystyny. Złożyła jednak apelację.

Po prawie czterech lat od wpłaty nieszczęsnej zaliczki panią Krystynę czekały kolejne rozczarowania, tym razem ze strony wymiaru sprawiedliwości. Sąd po przesłuchaniu świadków, z jednym zaledwie dowodem, w postaci potwierdzenia przelewu, stwierdził, że pieniądze się pani Krystynie się nie należą. W międzyczasie bowiem małżeństwo państwa Beaty i Tadeusza się rozpadło, a między – byłymi już – małżonkami toczyły się spory na wokandzie, głównie o sprawy majątkowe. Okazało się, że już w 2014 roku, w momencie sprzedaży lokalu, pan Tadeusz obiecał przekazać żonie 200 tys. zł ze sprzedaży. Pani Krystyna utrzymując czysto biznesowe relacje z Tadeuszem nie wiedziała wtedy, że jej pieniądze będą kością niezgody wśród i tak skłóconych małżonków. Całe orzecznictwo sądu skupiło się na wyjaśnianiu spraw pomiędzy państwem C., konkludując zdaniem iż „pecunia non olet” – z łaciny: pieniądze nie śmierdzą. Insynuowano pani Krystynie, że kwota, którą przelała nie pochodziła z jej oszczędności (mimo, że w toku postępowania przedstawiła, iż kwotę zaproponowaną przez panią C. w całości posiadała), a ze środków pana Tadeusza. Pojawiły się również insynuacje romansu między współpracownikami. Po tak feralnym wyroku pani Krystyna oczywiście odwołała się od postanowień sądu.

Sąd Apelacyjny w Łodzi w kwietniu tego roku oddalił jednak apelację pani Krystyny. Jednak jeszcze w tym roku pani Krystyna będzie szukała sprawiedliwości w Sądzie Najwyższym.

Czy w sprawie, która z pozoru wydawała się tak prosta można było przegrać? Czy dowód w postaci potwierdzenia przelewu bankowego, ma mniejszą siłę niż zeznania skłóconych ze sobą świadka i pozwanej? Czy argumenty pozwanej mają większą siłę od jednego przelewu? I wreszcie… co postanowi Sąd Najwyższy, do którego Pani Krystyna właśnie wnosi kasacje?

*Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione na prośbę bohaterów.

 

fot. pixabay